Ten sen powtarzał się zbyt często. Biegła w nim przez ciemne ulice Monachium, wzbudzając paniczny strach w nielicznych przechodniach. Sama też się bała. Kamienie pod łapami były twarde, zbyt twarde - budynki wznosiły się zbyt wysoko. Miała wrażenie, jakby cieżkie konstrukcje miały jej się zaraz zwalić na głowę, pogrzebać pod zwałami gruzu. Uwięzić, uciszyć - na zawsze. Rzuciła się w panice w boczne ulice, miotając się rozpaczliwie między okrutnymi bryłami domów. Duszące zapachy, towarzyszące jej przez cały czas, wzmocniły się jeszcze, przegryzając się przez jej nozdrza. Miała wrażenie, że ten upiorny smród zaraz wygryzie jej wnetrzności, więc biegła dalej, w nadziei, że wkrótce uwolni się od tej okropnej woni. Nadzieja była płonna. Nie ważne, w którą stronę biegła, ohydny odór narastał. Znów skręciła w prawo, skamląc cicho. Przed nią wyrósł Odeonsplatz. Miejsce, którego szczerze nie znosiła. Z jasnych, monumentalnych budynków sączyła się jakaś paskudna, ciemna maź. Feldherrnhalle, które zawsze wzbudzało w niej dreszcze, skryte było za nienaturalną, mroczną chmurą. Wionęło stamtąd chłodem i trupim odorem. Zaskowyczała rozpaczliwie i rzuciła się wstecz, biegnąc opustoszałą Ludwigstrasse. Przebierała łapami chyba najszybciej, jak była w stanie, jednak ponure mury po obu jej stronach stały w miejscu. W panice szarpnęla się mocniej... by odkryć, że asfalt i kamień pod miękkimi poduszkami jej łap stają się miękkie, płynne i zaczynają spływać w stronę upiornej bramy, ciągnąc ją za sobą. Zawyła rozpaczliwie, próbując uwolnić się z pułapki. Jakby na dany znak, z ciemności sączącej się z okolicznych budowli, zaczęły odrywać się ciemne sylwety. Z demonicznym chichotem nadpłynęły ku niej, ukazując jej przegniłe i wysuszone oblicza. Otoczyły ją ciasnym kręgiem, szczerząc potworne zęby, sypiąc naokoło płatami odpadającego mięsa. Zawyła znowu, szarpiąc się w desperacji... ... i usiadła, cała spocona, na łóżku. Odkąd tu przyjechała, kilka tygodni temu, nie było nocy wolnej od wilczego koszmaru. Zaczynał się różnie, w różnych częściach miasta, jednak zawsze kończył się pod straszliwą Feldherrnhalle. Sięgnęła po omacku na szafkę, szukając stojącej tam szklanki z wodą. Drżąca dłoń złapała tylko powietrze - zamiast tego, rozległ się odgłos tłuczonego szkła.
Wymacała włącznik lampki i zapaliła światło. Odłamki szkła pokrywały podłogę na przestrzeni kilku metrów, a jakże by inaczej. I oczywiście, masa szkła wylądowała w jej kapciach. Złorzecząc na czym świat stoi, ostrożnie zeszła na podłogę, lawirując między ostrymi odłamkami. Wydawało się już, że się udało, gdy ostry ból przeszył jej stopę. Oczywiście. Z jej szczęściem nie mogło być inaczej.
Kulejąc, dotarła do przedpokoju, gdzie wsunęła na zdrową nogę rozwalonego trampka i przyjrzała się rozcięciu. Nie było bardzo głębokie, ale w niefortunnym miejscu, w zgięciu palców. Będzie się jątrzyć przez całą wieczność.
Gdy sprzątała rozsypane szkło, jej myśli wróciły do snu. Najchętniej skontaktowałaby się z jakimś psychologiem - te nawracające koszmary naprawdę ją już męczyły - jednak ciągle nie mówiła po niemiecku dość dobrze, by miało to jakikolwiek sens. Do Polski nie wróci w najbliższym czasie - rok akademicki był tuż tuż - zresztą, to też mijało się z celem. Terapia, żeby była sensowna, powinna być ciągła. Słyszała to przecież tyle razy...
A szkoda, wilczy koszmar był pewnie nową twarzą jej starych problemów. Z drugiej strony, dobrze, że przynajmniej opanowała już agresję i stany deluzyjne. Chociaż, czy to na pewno były złudzenia? Ostatni raz miała wrażenie, że ktoś ją śledzi jeszcze w Krakowie... Może po prostu tajemniczy prześladowca zgubił jej trop, gdy wyjechała?
"Weź się w garść" - powiedziała sobie twardo. Nikt jej nie śledził, a sny były tylko snami. Co z tego, że koszmarnymi?
Wycisnęła przemoczoną ścierkę do kibla i zerknęła na zegarek. Piąta trzydzieści. Za późno, by kłaść się z powrotem do łóżka, zbyt wcześnie, by wyciągać odkurzacz. Z ciężkim westchnieniem poczłapała do kuchni, wstawić wodę na herbatę. Za trzy godziny zaczynała kurs, po południu musiała jechać do pracy - teoretycznie miała dzień wolny, ale były jakieś problemy z polskimi pracownikami i szef poprosił ją, by pojechała na budowę, dowiedzieć się o co im chodzi. Obiecał wprawdzie za to dwa dni wolnego, ale zapowiadało się, że skorzysta z nich w niekoreślonej przyszłości - a dzień zapowiadał się na męczący już teraz.
Dwie godziny później, gdy biegła na stację metra, w torbie rozdzwonił jej się telefon. Wygrzebała go w ostatniej chwili - numer nieznany.
- Barbara Sosnowska? - spytał kobiecy głos w słuchawce, zniekształcając jej imię niemieckim akcentem. - Maria Hertel z tej strony, dzwonię z biura...
Baśka wysłuchała przemowy baby z rzednącą miną. Wyglądało na to, że dzień będzie gorszy, niż myślała.
Z pracy wróciła zła i zmęczona. Okazało się, że ten kretyn Theissen w dalszym ciągu nie zamierzał wypłacić robotnikom za zaległe nadgodziny, robotnicy nie zamierzali pracować, póki nie dostaną zaległych pieniędzy, a złość wszystkich skupiła się oczywiście na niej. I ani robotników, ani szefa nie przekonało tłumaczenie, że ona tylko przekazuje informacje. Do tego, przez poranny telefon, siedziała w pracy tak długo, że pozamykali jej wszystkie sklepy w okolicy, a w lodówce miała tylko światło. Niech szlag trafi te niemieckie zwyczaje i nowe kontrakty!
Zirytowana i głodna włączyła komputer. Syknęła cicho, gdy klawiatura laptopa kopnęła ją lekko. Coś chyba się pieprzyło z zasilaniem, ostatnio zdarzało się to podejrzanie często. Tylko tego jej brakowało, żeby jej jeszcze lapek padł. To był jej główny kontakt z Polską, telefony były zdecydowanie zbyt drogie.
Z komputerem na kolanach wpakowała się na łóżko i włączyła "Diabeł ubiera się u Prady". Baśka zwykle wolała mocniejsze filmy, najchętniej fantastyczne, ale jej humor i ostatnie, paskudne sny sprawiły, że zaczęła omijać swoje ulubione gatunki szerokim łukiem.
Film był niezły, lubiła go... Ale znała prawie na pamięć. To, wraz ze zmęczeniem, zrobiło swoje. Gdy Anne Hathaway właśnie wciskała się w swoje pierwsze szpilki od Blahnika...
...ona znów biegła. Szarpnęła się histerycznie, chcąc się obudzić, ale sen trzymał ją mocno. Wybiegała właśnie ze swojej kamienicy na Clemensstrasse. Stanęła jak wryta. Był wczesny wieczór, po ulicy wciąż kręciła się masa przechodniów. Jeden z nich ją spostrzegł i krzyknął przeraźliwie.
- Wolf!* - krzyknął ktoś. - Jemand soll der Polizei Bescheid sagen!** - krzyknął ktoś inny. Kątem oka dostrzegła, że jakiś facet wyciąga komórkę i dzwoni. Ktoś inny robił jej zdjęcia. Zapach strachu i podniecenia otoczył ją ze wszystkich stron. Jakiś słaby głos wołał, żeby nie panikować, że to tylko pies, ale nikt nie brał go poważnie.
Rzuciła się do biegu. Jakaś gruba, śmierdząca potem i kiełbasą baba zagradzała jej drogę, więc śmignęła tuż obok, niemal zwalając babsztyla z nóg. Babon podniósł wrzask, a wilczyca pognała dalej, w stronę nie tak odległej Chinesische Turm. Gdzieś z prawej zawyła syrena, na ulicę wybiegło dwóch facetów w zielonych mundurach policji. Na szczęście tylko dwóch i najwyraźniej nie przeszkolonych do ścigania dzikich zwierząt. Gdy ich mijała, zauważyła głupie miny, a w nozdrza uderzył ją smród. Coś było z nimi nie tak... Czuła od nich coś złego.
Nie miałą jednak czasu, żeby zastanawiać się nad tym wrażeniem, bo jeden z nich wyciągnął nadajnik i powiedział coś do niego - zbyt szybko, by mogła zrozumieć, ale ton był jasny - meldował sytuację i wzywał posiłki. Rzuciła się przez szeroką Leopoldstrasse, piszcząc panicznie, gdy jakiś samochód z piskiem opon zahamował kilkanaście centymetrów od niej. Kątem oka zauważyła rozwijającą się poduszkę powietrzną, ale na szczęście nie oberwała. Bieg nie męczył jej tak wprawdzie, jak człowieka, miękkie łapy nie były jednak przystosowane do biegania po chodnikach, szkle i śmieciach. Poczula bolesne ukłucie w tylnej łapie, jednak nie mogła zwalniać. Za sobą słyszała coraz głośniejsze odgłosy pogoni.
Park na szczęście był coraz bliżej. Nie była pewna, skąd wzięło się w niej przeświadczenie, że wśród drzew będzie bezpieczna - to był chyba zew wilczej natury. Jednak nasilający się zapach drzew koił skołatane nerwy, a kierunek zdawał się być dobry, jak każdy inny. Z cichym piskiem rzuciła się między krzaki, ignorując równe, wysypane piaskiem ścieżki. Między drzewami było ciemno, lecz ten mrok był jej sprzymierzeńcem. Księżyc w nowiu nie mógł odsłonić jej pozycji przed prześladowcami, a drobne odbłyski światła wystarczały jej w zupełności. Wbiegła w park głębiej, wczołgała się w gęste rośliny i zamarła przy ziemi, obserwując otoczenie. Ze strony, z której przybiegła, słychać było krzyki i tupot. Ciemność rozszczepiły potężne światła reflektorów, a do ludzkich krzyków wkrótce dołączyło dzikie ujadanie psów. Serce podeszło jej do gardła.
Co jeśli jednak ją znajdą?
Nie chciała poznać odpowiedzi, tym bardziej, że kolejny podmuch wiatru przyniósł paskudny odór, kojarzący się nieprzyjemnie z cieniami z Odeonsplatz. Sierść na karku zjeżyła jej się natychmiast, a z gardła dobył się bezwiedny warkot. Przez ten warkot nie usłyszała szelestu tuż za sobą. Nagle koło niej pojawił się dziwny, ryży kundel, mniej więcej rozmiarów wyżła. Zamiast jednak zjeżyć się i uciec, lub obwieścić donośnym szczekaniem odnalezienie uciekinierki, obwąchał ją uważnie i sapnął, jakby potwierdził właśnie jakiś wcześniejszy domysł. Wilczyca zmartwiała, obserwując zwierzę uważnie.
- Waruj tutaj. I siedz cicho. - Warknął pies. - Odciągnę pościg.Sierść na grzbiecie stanęła mu nagle, a wilczyca nagle odkryła, co było w nim dziwnego - dopiero teraz zaczął wydzielać jakikolwiek zapach, a ten zapach był dziwnie znajomy. Rozpoznała go jednak dopiero, gdy oddalił się kilka metrów. To była jej własna woń, tylko dużo mocniejsza. Pobiegł w ciemność, a po kilku minutach rozległo się z oddali wściekłe ujadanie. Po dźwiękach i reflektorach poznała, że pościg skierował się właśnie w tamtą stronę. Odprężyła się nieco, oparła łeb na łapach i wtuliła nos w ciepłą, przyjemnie pachnącą ziemię. Była bezpieczna...
Barbara Sosnowska obudziła się leżąc na brzuchu, w krzakach, z nosem wciśniętym w ziemię, tak że niemal się dusiła. Podniosła się powoli, rozglądając dookoła w zagubieniu. Wydawało się, że to ciąg dalszy paskudnego snu. Było ciemno jak w dupie, ale coś w tych krzakach wyglądało znajomo. Zaklęła głośno. Jeśli jeszcze zaczęła lunatykować... Chyba naprawdę powinna zacząć się leczyć - to już przestawało być śmieszne. Lekki powiew wiatru sprawił, że zatrzęsła się z zimna. Spojrzała na siebie.
Kurwa mać! Była naga! Rozejrzała się w panice, w nadziei, że obok leży przynajmniej zrzucona w ślepym widzie piżama, choć nie pamiętała, by się przebierała. Nadzieja była płonna. Otaczały ją tylko liście i kujące gałęzie.
Jakim cudem w ogóle wlazła w te zarośla? Nie była nawet bardzo podrapana, tylko lewa stopa płonęła tępym bólem. Musiała podrażnić sobie poranne rozcięcie... Dziwne w ogóle, że jeszcze nie zgarnęła jej policja. Po spacerze na golasa przez miasto powinna obudzić się w szpitalnym łóżku, a nie w krzakach.
I jak tu, cholera, wrócić do domu? Perspektywa spaceru nago mogłaby ją pociagać, tylko gdyby była nawalona w trzy dupy. A tymczasem była trzeźwa jak świnia. I chyba dość blisko Izary, bo z lewej znów dobiegł ją lodowaty podmuch. Jak tu zostanie, to zaziębi się na śmierć. Wrzesień mógł być całkiem ciepły, ale na pewno nie dość ciepły, by spędzać nieokreśloną ilość czasu nago w parku nad rzeką. Wtglądało na to, że jest w Englischer Garten - a przynajmniej nie miała innego pomysłu.
Z trzaskiem łamanych patyków zaczęła się wygrzebywać z zarośli. Ostre gałęzie raniły ją dość boleśnie, i musiała poświęcić dużo energii na ochronę oczu. Krzaki zdawały się tylko czekać na jej nieostrożność, by pozbawić ją wzroku.
Ponownie zadała sobie pytanie, jak udało jej się tam dostać, ale nie mogła rozmyślać zbyt długo. Młody pęd, który odgięła nie dość uważnie, chlasnął ją boleśnie po karku.
Wreszcie wyczołgała się na zewnątrz. Odetchnęła z ulgą, padając na ziemię. Teraz tylko należało zorientować się, gdzie właściwie jest i wymyślić, jak przejść niezauważona przez miasto. Dobrze, że przynajmniej było późno.
Podniosła się, otrzepując odruchowo z ziemi i błota, ale niemal natychmiast zrezygnowała z tego pomysłu. Po pierwsze była zbyt upaprana, żeby mogło to odnieść jakikolwiek skutek, po drugie, jak by to głupio nie brzmiało, cały ten syf był jedyną rzeczą, która ją w jakikolwiek sposób osłaniała.
- Nimm es*** - usłyszała za sobą nagle męski głos. Odwróciła się szybko, czerwieniąc się jak burak - chociaż zapewne nie było tego widać w panującym dookoła mroku. Stał przed nią jakiś facet, chyba dość młody, sądząc z faktu, że włosy miał postawione na irokeza. W ciemności niełatwo było stwierdzić zbyt wiele. Wyciągał w jej stronę rękę, z której zwieszał się jakiś ciemny kształt. Chyba płaszcz. Złapała ciuch z wdzięcznością. Faktycznie był to płaszcz, dość długi, skórzany, którym owinęła się natychmiast. Nieoczekiwany zbawca zaczął mówić coś szybko. Wyłapywała pojedyńcze słowa, ale była zmęczona, a facet mówił zbyt niewyraźnie, żeby mogła zrozumieć o co mu właściwie chodzi.
- Przepraszam bardzo, ale nie rozumiem po niemiecku - odpowiedziała szybko, jedną z najlepiej wyuczonych formułek. Facet urwał.
- Angielski? - spytał z nadzieją w głosie. Pokiwała skwapliwie głową. Po angielsku mogła gadać o wszystkim.
Zapięła powoli płaszcz. Kiepsko widziała w ciemności, więc kilkakrotnie poprawiała guziki, żeby nie wyglądać jeszcze bardziej kuriozalnie, niż wyglądała.
- Ekstra - odpowiedział. - Słuchaj, musimy się stąd zmywać. Mało brakowało a byś zerwała Zasłonę, a Tancerze złapali twój trop. Nie odwróciłem ich odwagi na długo.
Baśka podniosła głowę i popatrzyła na nieznajomego ze zdumieniem.
- Zasłonę? - Spytała tylko. Fantastycznie, jej wybawcą okazał się wariat. Facet zamilkł na chwilę.
- Zaraz... Ty nic nie wiesz? To był pierwszy raz?
- Nie lunatykowałam wcześniej, jeśli o to pytasz. - Burknęła cicho.
Facet jęknął.
- Słuchaj, laska, nie lunatykowałaś w ogóle, jesteś Garou... wilkołakiem. Wyjaśnimy ci to lepiej, ale na razie musisz mi uwierzyć na słowo i się stąd ze mną zabrać. - Machnął głową w nieokreślonym kierunku. - Jestem Karl Hoffenbauer, Tańczący Wśród Mgieł. - dodał po krótkiej przerwie.
Baśka skrzywiła się lekko.
- Że niby co? Teraz mam co miesiąc wyć do księżyca i zmieniać się w ludożerczą bestię? I jacy "my"? - parsknęła, poprawiając włosy. Było jej zimno, w samym płaszczu, ale sytuacja, w której się znalazła, zaczynała ją przerastać. Prawdę mówiąc, przerosła ją w momencie, gdy ocknęła się w Englischer Garten naga i zabłocona, jakby biegła na czworaka. Karl wzdrygnał się i spojrzał na nią z lekkim przestrachem.
- W żadnym wypadku... - Dobrze, że nieźle mówił po angielsku. Gdy Baśka wyobraziła sobie tę samą dyskusję, prowadzoną po niemiecku, aż zachichotała histerycznie. Niemiec spojrzał na nią z urazą. Najwyraźniej on brał to wszystko bardzo poważnie.
- Jedzenia ludzkiego mięsa zabrania Litania. - Powiedział z naciskiem. - Zresztą, wszystko ci wyjaśnimy, tylko chodź wreszcie. Może i jest późno, ale zaraz ktoś się zainteresuje, co tu robisz naga. Żadna krzywda ci się nie stanie, obiecuję... Ale nie mogę tego zagwarantować, jeśli tu zostaniemy.
Polka westchnęła ciężko. Koleś miał trochę racji, nawet jeśli był kompletnie szurnięty. No i dał jej ten nieszczęsny płaszcz, więc była mu chyba dlużna przynajmniej wysłuchanie tego wariackiego bełkotu.
- Niech będzie. - Powiedziała ostrożnie. - Ale pod warunkiem, że pojedziemy do mnie. I żadnych sztuczek.
- Kiepski pomysł. - Skwitował. - Rozejrzałem się, po okolicy kręci się masa policji, szukających wilka, który wybiegł z kamienicy na Clemensstrasse. A oprócz policji, węszą również Tancerze, liczący na to, że wkrótce tam wrócisz.
Dziewczyna wybałuszyła oczy.
- Wilka? - Wyjąkała. - Przecież... Przecież to był tylko sen.
Karl wzruszył ramionami i odwrócił się, idąc w głąb parku.
- Mówiłem. Jak chcesz, możesz sama sprawdzić.
----
* Wilk! (niem.)
** Ktoś powinien wezwać policję! (niem.)
*** Weź to! (niem.)